niedziela, 15 kwietnia 2018

O tym jak zostałam atrakcją porodówki cz. II

Jednak pełna organizacja przy dwójce dzieci nagle padła ;)
Miał być post po kilku dniach, a tu zaraz minie miesiąc.
Dopiero nabieram siły po tych wszystkich średnio przespanych nocach...
A więc wracając do pierwszej części historii .... ;)




Niedziela zaczęła się jak w każdym szpitalu - temperaturka, KTG, kąpiel, śniadanko o 7.
Brzuch się spinał, jednak to było już tylko spinanie.
Przyszedł obchód. I pan doktor. Niezbyt miły.
"O tu coś się wczoooooraj działooooo, ale jednak niiiiiic..... Nie będziemy dzisiaj nic rooooobić, jutro przyjdzie szef to zadecydujeeeee co daleeeej....".
Nagle gorąc mnie ogarnął: "WTF???!!!" Grzeczność i kultura nakazywały mi tylko uśmiechnąć się i kiwnąć głową. Odwróciłam się do ściany i zaczęłam płakać!
Nosz kurła! Jak to obserwować, co obserwować? Skoro miało być wywoływanie to mają mnie zamiar męczyć na raty??? Kto weźmie odpowiedzialność gdyby dziecku coś się stało, skoro dystrofia została stwierdzona?
Chwyciłam telefon i wysłałam krótkiego, ale pełnego bólu SMS'a do swojej doktor, że nic nie będą robić. Szkoda tylko, że kolejnego, trochę niezbyt miło opisującego sytuację też wysłałam do niej - a ten SMS miał być do Darka!
Jednak nie doczekałam od niej odpowiedzi.
Ale....
Po 10 minutach przyszła położna i zaprosiła na porodówkę: "Zapraszam na kroplówkę!"
Czyli jednak!

O 10:50 zostałam podłączona.
Przyszedł lekarz, który był na obchodzie i oczywiście z pretensją, że nie jestem na czczo, że coś tam i jeszcze coś tam... ale jakoś nie przejęłam się nim za bardzo.

Na szczęście mąż był ze mną więc na początku sobie żartowaliśmy, śmialiśmy się. Jednak z czasem przestało być kolorowo, aż w końcu nie mogłam wyleżeć z bólu.
Kroplówki spłynęło niewiele, może jakaś 1/4.
Położna z lekką pretensją powiedziała, że przy indukcji niestety trzeba leżeć pod KTG. Podpisałam więc papiery, że odmawiam leżenia i przyjmowania kroplówki.
O 13:40 zostałam odłączona.
Przy badaniu niestety niewiele się ruszyło. A nawet praktycznie nic.
Pomyślałam, że będzie tak samo jak w sobotę...

"Przyjdź o 15 na badanie jak będą skurcze". A skurcze były, znowu co 2-3 minuty. Ale jakby trochę bardziej bolesne niż dzień wcześniej.
Darek masował krzyż i masował.
Nadeszła 15. Rozwarcie na 1,5 cm, ale szyjka nadal jest. Położna zaproponowała masaż szyjki na skurczu. Zgodziłam się, ale BÓL okropny! Aż zaczęłam krzyczeć.
Położna tylko powiedziała: "Nie krzycz tak, bo pomyślą, że gwałcą". :D
Po masażu rozwarcie na 2 cm, mam przyjść o 16. na KTG.

Chodziłam, kręciłam się po korytarzu, bo skurcze cały czas.
Na KTG skurcze max 40, a mnie wykręca jak kota po obierkach. Bolało dosyć mocno, ale nie krzyczałam. Jęczałam pod nosem, trochę poklnęłam, wyrwało mi się cicho: "chyba wolałabym umrzeć", to Darek skwitował: "znowu zaczynasz? Bo zaraz stąd pójdę" :D Także więcej się nie użalałam;) Najgorsze to właśnie to leżenie, chodząc zawsze można jakoś znaleźć dogodną pozycję. Starałam się oddychać tak jak podczas pierwszego porodu, ale przy tak dużym bólu ciężko jest się skupić na oddechu i często się spinałam zamiast rozluźniać.

Po KTG (ok. 16:40) położna zaczęła mnie badać. Wybadała 3/4 cm. Tak gmerała, tak gmerała, że wody dosłownie ze mnie wystrzeliły. I co? Zaczęłam płakać! Doszłam do wniosku, że jak płakałam przy Idze kiedy odeszły mi wody, to teraz też muszę! Aż Darek z położną mnie uspokajały. A ja musiałam "wypłakać" fakt, że już nie ma odwrotu i dziś urodzę!

Kiedy tylko zeszłam z fotela złapał mnie tak ogromny skurcz, że myślałam, że się przewrócę! Oparłam się o położną, bo omal nie upadłam. U między czasie (a raczej między skurczami) położna kazała mi usiąść na piłce. Ale jak to ja - "na skurcze najlepszy jest prysznic!"
Wzięłam męża, wzięłam ręcznik i poszłam.
Ale szybko pożałowałam. Na początku wodą oblałam się cała, ale niestety nie była ona na tyle ciepła by przynieść mi ukojenie. W łazience było dosyć chłodno, więc kiedy przy skurczu oblewałam brzuch, dreszcze przechodziły mnie po plecach i na odwrót.
Widziałam, jak Darek się na mnie patrzy - a nie lubię swojego ciała. Ale w tym momencie burknęłam - "a kurwa patrz się na mnie". Hahaha i tak nie miałam się jak zakryć.
Rodząc Igę w łazience były idealne warunki. Gorąca woda, krzesełko pod prysznicem.
A tu letnia woda i brak krzesełka. Po kilku bolesnych skurczach postanowiłam, że usiądę w brodziku.
Nie miałam siły stać. I szybko tego pożałowałam. Skurcze na siedząco były jeszcze bardziej boleśniejsze. A myślałam, że już boleśniej nie może być...

Po dwóch skurczach postanowiłam wstać, bo niestety nie dawałam rady.
Darek pomógł mi wstać i akurat wpadła druga położna z fartuchem dla mnie. Krzyknęła : "wychodzi pani, bo porodów pod prysznicem nie przyjmujemy". I zaczęła się śmiać.
Ciężko mi było wyjść z kabiny, skurcz za skurczem, skurcz za skurczem...
Znowu wpada położna: "no wychodzi pani, bo nie ma czasu".
"No już wychodzę, nie mogę szybko bo cały czas mam skurcze!"

Już wychodząc Darek jeszcze zwrócił uwagę, że krwawię. Byłam tak otumaniona skurczami, że nie przejęłam się tym w ogóle! Co zrobiłam? Wzięłam słuchawkę prysznicową i spłukałam po sobie krew!
W końcu jakoś się wygramoliłam, mąż założył mi fartuch, położna przyszła i prowadzili mnie z dwóch stron na salę. Stojąc w drzwiach łazienki poczułam, że .... muszę zrobić kupę! Tak, kupę!
Z Igą dokładnie czułam, że zaczęły mi się skurcze parte, a tu... KUPA! A korzystając, że byłam w łazience....
Krzyknęłam: "Muszę kupę, ja naprawdę zrobię KUPĘ!" Załapałam się za futrynę i zaczęłam przeć!
Wpadła jeszcze jedna położna, pchnęła mnie na kozetkę w łazience, a tam co? Już widać główkę!
Dwa skurcze, dwa parcia i mała była na świecie. 2750 gramów, 54 centymetrów. 10 punktów na 10. O godzinie 17:18. Byłam w takim szoku jak położyli mi ją na brzuchu, że zaczęłam się rechotać i chyba śmiałam się z 10 minut :D
W łazience nagle znalazło się tyle osób, że ledwo się pomieścili. :D Potem przetransportowali mnie na fotel porodowy, nie nacięli mnie ale było małe szycie w środku, no i niestety doświadczyłam niezbyt miłego łyżeczkowania. Lekarz, który chciał mnie "tylko obserwować" był zaskoczony, że urodziłam. Potem pobyt w szpitalu minął nam szybko i miło, choć było trochę płaczu i bolesnych skurczy przy karmieniu piersią ;)

A teraz walczymy z małym płaczkiem, który nie chce spać w dzień, za to w nocy daje ochłonąć :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzięki, że jesteś! :)