piątek, 20 maja 2016

Pachniały bzy...

Zawsze bezustannie twierdzę, że maj to mój ulubiony miesiąc. Kocham go miłością wielką.

Taką jaką można kochać miesiąc pełen słońca, zapachu, rozkwitu wszelakiego.



W tym roku wiosna mnie nie porwała. Choć czułam powiew ciepłego wiatru, zapach wilgotnej ziemi i słońce, które z zimowego przeradzało się w całkiem letnie.

Pyłek z kwiatów i drzew uparcie osiadał na mój samochód, wyjątkowo w tym roku bardziej niż w zeszłych latach, co denerwowało mnie bardziej.




Byłam zła, bo liczyłam na to, że z wiosną moja wewnętrzna energia wróci na swoje miejsce. Mogę być leniwa i lubię być leniwa, ale ile można?

Gdy w końcu przejeżdżając obrzeżem miasta zobaczyłam je - bzy.

Gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył, popukałby się w głowie. Mieszczuch z radości omal nie wjechał do rowu bo zobaczył bzy....



Poczułam jak wzbiera we mnie energia. Muszę je mieć! Zerwałam parę gałązek z duszą na ramieniu, przecież to takie nieekologiczne zrywać gałązki zdrowego krzaka.

Ale miałam to w nosie. Byłam zamroczona fioletowymi i różowymi barwami i tym zapachem, przy którym nie trzeba mówić nic.

Bez zawsze, do końca życia będzie kojarzył mi się z dzieciństwem, gdzie na wsi nie trudno było o kwiaty, a następnie o owoce bzu. Kwiaty kochałam całym sercem, ale również sok był moim ulubionym. Co z tego, że tak bardzo brudził?

Dzięki nim jakoś teraz delikatnie się przebudziłam. Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej :)








1 komentarz:

  1. Ważne, że coś ci pomogło, podziałało na Ciebie :) Bzy sa faktycznie piekne i już mi żal, że przekwitły )

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, że jesteś! :)