czwartek, 10 grudnia 2015

Jak wyglądał mój pobyt w szpitalu cz. 1

Wiem, że wiele osób chciałoby wiedzieć, jak wygląda pobyt w szpitalu i sama operacja, dlatego postanowiłam o tym napisać.

Ale po pierwsze zaznaczę, że w każdym szpitalu są inne zasady. Osoby, które taką operację planują, mogą mieć wgląd tylko w to, jak to mniej więcej wygląda.



Może zastanawiacie się nad tym dlaczego o tym piszę. Dlaczego nie zachowam tego dla siebie, dlaczego nie zrobię z tego tajemnicy. Wszak operacja bariatryczna (tj. w tym przypadku resekcja żołądka) to taki temat tabu. Grubaski powinny wziąć się za siebie, same, a nie korzystają z pieniędzy podatników. Ale o tym już nie będę się rozpisywać, bo pisałam o tym poprzednio TU .


Jednak w temacie mówienia i niemówienia. Nie lubię być okłamywana. Dlatego nie robię tego samego. Mówię prawdę. Tak, jestem po operacji. Jestem po operacji która ratuje mnie i moje życie.

I choć miewa ciężko (o tym niebawem), jestem zadowolona z tej decyzji. Czasem jeszcze wyrzucam sobie, że była to zła decyzja, jednak wszystko idzie ku dobremu. Trzeba o tym mówić. Panuje tak wielka niewiedza, tak jest mało informacji na temat chirurgicznego leczenia otyłości, że aż przykro się robi.



W czwartek (19.11.) nadszedł dzień wyjazdu. Wstałam o 5. przygotowałam się i pojechałam taksówką na pociąg do Ełku. Sama podróż była średnia. Usiadłam tak, że przed sobą miałam dwa miejsca zwrócone do mnie. Usiadło tam małżeństwo, a obok ich znajomi. Gadali sobie w najlepsze, a ja nie widziałam gdzie mam wsadzić oczy, żeby nie wyszło, że podsłuchuję. Co oczywiście nie wchodziło w grę kiedy siedzi się 30 cm od ludzi i tak wszystko słysząc. Mogłam się przesiąść. Ale nie przesiadłam.



Siedziałam i zastanawiałam się czy Darek poradzi sobie z Igą (a może na odwrót?). Przydałby się jakiś monitoring w domu, lub jakakolwiek forma podglądu (jak np. tu można znaleźć https://www.autoid.pl/). Ale wtedy chyba byłabym jeszcze mniej spokojna :D



Kiedy byłam już w Ełku, podrapałam się po głowie i zastanowiłam, czy w szpitalu dostanę śniadanie. No i doszłam do wniosku, że raczej nie. W plecaku miałam tylko wodę, a przecież jeść trzeba. Zaszłam do sklepu, kupiłam dwie świeże, razowe bułki i mogłam ponownie ruszyć taxi do szpitala.

I tak o godzinie 7:30 znalazłam się na Izbie Przyjęć.

Przyjęcie.

Mierzenie ciśnienia.

Ważenie.



Następnie ze skierowaniem na pobranie krwi. Czekanie w kolejce. Moja niecierpliwość.

Ale w końcu mam to za sobą i udaję się ponownie na IP, do magazynu ubrań (czy jak to tam się nazywa) na przebranie. "Pani zdejmie majtki i stanik, bo na chirurgię nie wolno". WTF? No ok, ale legginsów też nie pozwoliła mi ubrać. Mam już kurwy w oczach, bo jak tak w gołą dupą będę chodzić.

Na szczęście dała mi jakiś szlafrok, ubrania zabrała. Mam czekać. To znaczy ja i jeszcze kilkoro pacjentów na chirurgię. Chwila i idziemy.

Na oddziale też czekanie. Przyszłam na izbę pierwsza, weszłam na oddział ostatnia. Wywiad. Pielęgniarki miłe, sympatyczne.

"Kim pani jest z zawodu?"

Jak to kim? "Jestem blogerką" :D Wiem, że przebiłam wszystko, ale ostatecznie zostałam "pracownikiem umysłowym" :D

No i w końcu zaprowadzili mnie na salę. A w sali najlepsze łóżka na oddziale. I moja koleżanka dzień po operacji.

Oj ciężko było, niby byłam gotowa na ból ale widziałam jak ona cierpi... W tej chwili moje uczucia się wymieszały. Byłam nastawiona pozytywnie, a tu szok. Ból, brak zmiany pozycji, poruszanie się z trudnością.



Ale, w każdym razie nie byłam samotna, czas nam leciał na pogaduszkach. Zaraz pobiegłam do łazienki ubrać legginsy :D, zjadłam bułeczki.

Wpadł anestezjolog, zrobił wywiad. Mówi mi, że jutro jestem pierwsza kolejce. 7:15. Było też ekg.

Przed obiadem wyskoczyłam do bufetu kupić sobie bułki, bo już byłam taka głodna, że nie mogłam wytrzymać. Jeść i pić nie mogłam dopiero od 24, także mogłam jeść, nie miałam diety.

I tak mijał czas. Koleżanka po 14. wyszła już do domu, a ja czasem zamieniałam kilka słów z sympatycznym Panem, z sąsiadem z sali obok, którego serdecznie pozdrawiam :)

Umówiłam się z nim za pół roku, by mógł zobaczyć moje efekty :D



Wieczorem dostałam czerwony płyn, którym miałam się umyć. Jak podejrzewam, był do płyn dezynfekujący.

Założyli mi wenflon, dostałam dwie kroplówki ranigastu i pierwszy zastrzyk przeciwzakrzepowy. Tabletka na sen.



Rano pobudka o 5. Ponowne mycie w czerwonym płynie. Oczywiście najpierw się nim oblałam, potem spadł mi jak wchodziłam do łazienki. Masakra jakaś :D

Ubranie się w niebieski fartuch.

Znowu dwie kroplówki ranigastu i czekanie. O 6:30 dostałam pół niebieskiej tabletki, która nijak wpłynęła na mnie. A ponoć miała mnie ogłupić?

No i po 7. wywieźli mnie na salę operacyjną. Zero stresu. Naprawdę. Jak Mamę kocham, nie czułam, żadnego stresu ani strachu. Myślałam, że zacznę błagać o litość i wywiezienie z powrotem na górę ale nic.

Przepełzłam na stół operacyjny, rozebrałam się z fartucha i zostałam nakryta zielonym prześcieradłem. Lewą rękę włożyłam w rękaw prześcieradła, lewą położyłam doktorom "do pracy". Podali mi narkozę. Normalnie śmiać mi się chce, jak przypomnę sobie jak z nią walczyłam. Leżałam i myślałam sobie "nie chce mi się spać, słaba jest ta narkoza, wcale nie chce mi się spać". Kiedy nie wiem kiedy urwał mi się film...



Pozostałą relację przeczytacie w drugiej części :)



3 komentarze:

  1. Ta niebieska tabletka to właśnie ten brak stresu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to czytam to zaraz przypomina mi się jak czekałam na cięcie. Tyle, że ja po nocy myślałam, że ze strachu się... :P
    Najważniejsze, że operacja się udała a z Ciebie dzielna dziewczyna! :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, że jesteś! :)