wtorek, 13 października 2015

Wspomnienia szkolnej ławki

Czy zdziwię Was, jeżeli napiszę, że najbardziej za czym tęsknię to... szkoła?

Wcale nie podstawówka, a zawodówka.



Moja szkolna kariera jest dosyć ciekawa. Po gimnazjum trafiłam do technikum.

Technikum żywienia i gospodarstwa domowego. Starałam się iść na kierunek kucharza, ewentualnie hotelarza. Niestety trafiłam na trzecią ewentualność, czyli pierwszy wymieniony kierunek.

Byłam zła jak osa, bo samo brzmienie specjalizacji było bardzo kiepskie. No ale do szkoły poszłam, przecież taki miałam obowiązek.




Ze szkoły pod samym nosem, trasa zmieniła się na dojście to centrum, do przystanku PKS i dojazdu do Mrągowa. I to w tym mieście przeżyłam najlepsze chwile swojego życia!

I to wcale nie w technikum. Mogę śmiało powiedzieć, że nauki ścisłe zmiotły mnie tak mocno, że czuję to do tej pory. Wzorowa z j. niemieckiego i technologii gastronomicznej, poległam na chemii, której nie rozumiałam nigdy (facet w gimnazjum stawiał oceny na ładne oczy), a moje oceny w obu semestrach prezentowały się: 1, 1, 1, 1, 1, 1, 1. Choćbym stanęła na głowie, chemii nie zrozumiem nigdy. No i matematyka. Choć z nią nie było tak tragicznie, mogłam ją śmiało zdać, gdyby nie olewka miesiąc przed końcem roku. Z racji tego, że moi rodzice wyjechali zagranicę, a do domu zwalił mi się brat, z bratową i dzieckiem, musiałam zrezygnować z dojazdów (czyli biletu miesięcznego), bo przez wciąż przedłużających się gości pieniędzy zrobiło się jakby przymało.

Także matematyka leżała i kwiczała, księgową za bardzo zostać bym nie mogła, chyba że wspomogłabym się jakimiś programami dla księgowych ;) (http://finka.pl/)



I tak trafiłam do szkoły zawodowej. Czemu? Bo tam można dostać się najłatwiej. Nie był to szczyt moich marzeń, ale technikum, czy liceum także nie spełniały moich oczekiwań.

I tak... poznałam wspaniałych nauczycieli, wspaniałych kolegów! Szkoła zawodowa pozostawiła mi w głowie najlepsze wspomnienia. Z racji, że trafiłam tam po wakacyjnej diecie (19 kg mniej), byłam zaczepiana przez chłopaków, nawet na przystanku PKS, co było dla mnie totalną nowością.

Może nie powinnam być dumna ze swoich poczynań, było dużo papierosów, wina, piwa, wódki, szlajania się po lasach, po nocy z bandą znajomych. Niestety zdarzało się także zdradzić byłego chłopaka (z perspektywy czasu należało mu się!), ale byłam tak zaaferowana innym, dynamicznym życiem, że nie miałam czasu zastanawiać się czy robię dobrze czy źle.

W szkole utworzyłyśmy małą paczkę fajnych dziewczyn (niestety paczka nie przetrwała czasu "po szkole") i czym może najbardziej Was zaskoczę to to, że byłam jednym z najlepszych uczniów! Może nie była to średnia na czerwony pasek, ale 4,3 naprawdę w tej szkole robiła wrażenie. Odbierałam dyplomy, książki - w ogóle inne życie.

Najwspanialsze jest to, że w szkole nie mieliśmy chemii! A matematyka wchodziła mi na tyle, że zdarzały się 6 ze sprawdzianów, a koledzy "bili" się o to by ze mną siedzieć w ławce. Oczywiście po to by im podpowiadać.



Szkoła może z niskim poziomem, może nie, ale całkowicie się w niej odnalazłam. Z racji tego, że miałam dobre oceny, dostałam się do projektu z Unii Europejskiej - prawo jazdy dla młodzieży - i dwa miesiące po 18-stych urodzinach, całkowicie fuksem (bo na dodatkową listę), dostałam się na całkowicie darmowy kurs i egzamin prawa jazdy. Dwa miesiące później zdałam egzamin - za pierwszym razem.

Moja mama na nieotrzymanie promocji w technikum i nowość o zawodówce, zareagowała tylko, że mam sobie załatwić praktyki. I to wszystko.

Zaś tata dowiedział się dopiero w sierpniu, w środku miasta. Była to szansa, by jego nerwy nie rozkręciły się publicznie ;) Ciężko to przyjął, ale ostatecznie i tak wyszło na moje. Na praktykach dostawałam parę groszy, dorabiałam w weekendy, część rzeczy kupowałam sobie już sama. A potem zostałam tam w pracy. Także same plusy. Egzaminy zawodowe zdane na wysokim procencie.



Po zawodówce poszłam do liceum zaocznego dla dorosłych. Spędzałam tam mniej więcej co drugie weekendy, przez dwa lata. Oceny w indeksie całkiem przyzwoite, jednak wykształcenie niepełne średnie. Nie mam matury. I w zasadzie się tego nie wstydzę. Zawirowania w życiu sprawiły, że po prostu nie byłam w stanie ani się uczyć, ani do niej podejść.

Mam zawód, mam chęci. Cieszę się z tego :) I super wspomnienia ze szkoły.

Teraz znajoma podpowiedziała mi kursy. Może fotograficzny, może kasy fiskalne? Kto wie, będę się nad tym zastanawiać ;)




źródło - huffingtonpost.com

1 komentarz:

  1. Boże. .. to samo co ja. Z tym że ja byłam rok w technikum żywienia i od razu przeniosłam się do liceum dla dorosłych i też nie mam matury.

    Ps. Też lubiłam latać po lasach.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, że jesteś! :)