środa, 12 sierpnia 2015

Kraków na patelni

Kraków na patelni. I to dosłownie.

 

Teraz siedząc przed komputerem, pisząc dla Was tę notkę, wiatrak chłodzi mi plecy i tak - cieszę się, że jestem w domu.

 

Jestem wielką fanką zwiedzania miast, starych rynków. Lubię oglądać stare kamienice, kościoły, pomniki i fontanny.

Nie zdarzyło mi się jeszcze być zawiedzioną. Do tego czasu. Do przyjazdu do Krakowa.

 

I to nie dlatego, że coś mi się w tym mieście nie podoba. Wręcz przeciwnie, jest piękne.

Ale upał. Ja ze swoim nadmiarem kilogramów, upocona, zmęczona, z wielkimi zakwasami po zwiedzaniu w kopalni, zamykałam oczy i myślałam: "Co ja tutaj robię?!".

Przez ten okropny upał, cała radość, chęć i zainteresowanie spływała mi razem z potem.

Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak okrutnie sponiewierana fizycznie przez ową pogodę i zmęczenie "po wczorajszym".

Marzyłam tylko o tym by usiąść i pić wodę, wodę, wodę. Od Galerii Krakowskiej do Smoka Wawelskiego i ponownie do Galerii musiałam robić kilkanaście przystanków w tym kilka w restauracjach by napić się zimnej wody.

Przez to nie zwiedziłam Wawelu, bo niestety nie dałam już rady.

Wracając na stację szłam przed siebie, jak robot zaprogramowany na autopilot. Próbowałam zerwać połączenie nogi - mózg, gdzie zakwasy i już piekące stopy po kilku godzinach chodzenia dawały w dupę.

Powiem Wam nawet, że jeżeli będę jechać na urlop ponownie, w jakiekolwiek miejsce, a będą zapowiadać upały, bez wahania zrezygnuję.

 

W niedzielę wracając już do domu, gały wyszły mi na wierzch widząc ludzi ładujących się do naszego pociągu. Ludzi z rowerami, ludzi bez biletu ładujących się nie na swoich miejscach. A na końcu tych samych, stojących, wypinających dupy w stronę naszych twarzy.

W pewnym momencie zaczęłam żałować, że nie pojechaliśmy autem - choć planowana naprawa lakieru na drzwiach i pranie tapicerki (http://www.braciapietrzak.pl/) a moje nerwy nie zniosłyby 600 km drogi, bo po prostu... klima nie działała w pociągu powrotnym. Do mdlących nie należę, jednak nie raz, nie dwa, miałam wrażenie, że padnę na siedząco.

 

Wielokrotnie czytałam, że dużo narzekam. Nie, nie narzekam. Dzielę się z Wami prawie wszystkim. Nie pomijam rzeczy wesołych, ale i też nie pomijam tych mniej fajnych.

To nie jest cukierkowy blog. Nie jest sztuczny. Nie pokazuje tego, o czym ludzie marzą - szczęśliwa rodzina, grzeczne dziecko i forsa lecąca z nieba.

Ale to następnym razem :)

IMG_9120 IMG_9123 IMG_9126 IMG_9133 IMG_9136 IMG_9144 IMG_9147 IMG_9167 IMG_9180 IMG_9183 IMG_9197 IMG_9214 IMG_9222 IMG_9225

3 komentarze:

  1. Karolina Matyjaszczyk12 sierpnia 2015 14:39

    Kochana my bez klimy robimy setki kilometrów, nawet w weekend jedziemy pod kielce, a nie tak dawno w upały byliśmy w Warszawie, muszę tylko zakupić Lenie nowe roletki bo urwała i jej słońce na nogi za bardzo świeci. Wolę tak niż się męczyć tak jak ty miałaś okazję to zrobić :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też mam auto bez klimy, wolałabym autem niż pociągiem. ;)
    Ale niestety 600 km to nie na moje nerwy, zwłaszcza że tylko ja mam prawko ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Karolina Matyjaszczyk12 sierpnia 2015 15:17

    Droga od was do Krakowa dość lekka, więc szkoda, że się jednak nie zdecydowałaś, a przed kolejnym wyjazdem zagoń męża na prawo jazdy ;)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, że jesteś! :)