środa, 24 czerwca 2015

Co lubię robić najbardziej będąc matką?

Godzina 5:50. Czuję pukanie w czoło i głośne: "Mama, wstawaj, kakao!".

Dziecko, połóż się. Trzeba jeszcze trochę pospać. Całkiem nieświadoma zamykam oczy.

 

"Mama! Wstawaj!!!".

woman-506120_1280

Wstaję. W weekend. 5:50. Robię kakao. Podgrzewając wodę i obsypując ręce mlekiem modyfikowanym i sztucznym, słodzonym kakao.

 

Kakao i bajka o 6. Jakież to wychowawcze. Ale ja... muszę jeszcze na chwilkę zamknąć oczy.

Po chwili - czy to minęła godzina, a może dwie? "Mama! Wstawaj! Pilasel! (tłum. kiełbaska/kabanos)

Wstaję, patrzę - 6.10.

Stoję pośrodku kuchni chwiejąc się i ocierając oczy.

No cóż. Wyspać się? Nie w tym życiu.

 

Siedzę do godziny 9., całkowicie wegetując psychicznie, patrząc się w jeden punkt, chwilę wcześniej przesuwając kratkę w kalendarzu o jeden dzień.

Siedzę, oczywiście bawiąc się z Igą. To książeczka, to bajeczka.

To rysowanie: "Narysuj koło, trójkąt, DORĘ!". Taki trochę autopilot.

O 9. przychodzi pewniejsze przebudzenie - to czas na śniadanie. Robię tacie, robię dziecku, sobie robię inne.

Wszystkim dogodziłam.

 

Czas na ogarnianie. Zbieranie brudnych rzeczy, robienie prania, czyszczenia kuchenki i sprzątanie kuchni, toalety i pokoi. Zmywanie, odkurzanie.

Można robić obiad.

Ale... najpierw wygonię domowników. A sio! Na dwór! Co mi się tu krzątać będziecie.

 

Po milionie argumentów: "Nie, bo jestem zmęczony. Nie, bo mi się nie chce. Nie, bo coś tam jeszcze", w końcu wychodzą.

A ja mogę oddać się najpiękniejszej i najlepszej czynności, od kiedy zostałam matką.

 

Choć do wagi piórkowej brakuje mi jakichś kilkudziesięciu kilo, pięknym i zgrabnym ruchem wskakuję na łóżko. Leżąc na plecach, rozkładam nogi i ręce jakbym robiła orzełka na śniegu... i ... delektuję się ciszą!

Ciszą, spokojem i chwilą tego odpoczynku, którego praktycznie nie doświadczam. To nie jest ten sam odpoczynek, kiedy dziecko samo zajmie się sobą.

Teraz jest cisza, nikt nie chodzi, nic nie mówi.

Kiedyś może zrelaksowałabym się na imprezie, a teraz leżę bitą godzinę i patrzę w sufit. Oceniam go i widzę jaki jest piękny. Podziwiam za biel i spokój.

 

Mimo iż tysiąc pięćset razy rwałam włosy z głowy, denerwowałam się, to lubię być matką. Są to moje ulubione chwile. Ale nikt nie zabierze mi tego, że kilka razy na miesiąc pobędę przez godzinę sama. Zresetować mózgownicę choć na chwilę.

Więc jak tego nie lubić, skoro to jest takie fajne, a mam tego tak mało? :)

 

5 komentarzy:

  1. Jak to dobrze, że ktoś mi uświadamia co mnie czeka :)
    chociaż nadal się łudzę, że moje dziecko będzie spało do 10 i mi pomagało (tak serio pomagało, nie, że pomagało i robiło przy tym więcej szkód) w wieku 2 lat pewnie już będzie idealnie pierogi kleiło, pranie posegreguje dla zabawy i inne takie ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie chcę Cię pozbawiać złudzeń, bo każde dziecko jest inne :D
    Moja czasem pomaga, wczoraj składała z mężem szafki, ale i tak jest niegrzeczna strasznie i często się nie słucha i robi na złość :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Mi już ten sufit bokiem wychodzi, ale cenię ten czas bo za jakiś czas to pewnie go nawet niezauważę

    OdpowiedzUsuń
  4. Reset potrzebny jest każdemu. UWAGA - NAWET MATCE. ( A może przede wszystkim matce... ? )

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja już nie pamiętam, kiedy ostatnim razem byłam sama w domu... na pewno ponad pół roku temu... Tęsknię za tym czasem i nie mogę się doczekać, kiedy potwory będą na tyle łatwe w obsłudze, że M. sam będzie mógł je zabrać na spacer albo gdziekolwiek ;)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, że jesteś! :)