poniedziałek, 11 maja 2015

Cała prawda o moim mężu

Kiedy jest najlepszy moment, żeby kogoś obgadać? Jak tego kogoś nie ma. Proste!

Mój mąż pojechał na poligon. W środę.

Także przyjmuję każdy wjazd na chatę, wstępne - alko.

 

Nie no, żartuję. Pojechał i wróci ... w czerwcu. Także zostałam sama z Igą, z którą mam wrażenie - nadpobudliwość się pogłębia.

Rozumiecie, że to dopiero szósty dzień, a ja już wymiękam? Nie mam nawet minuty dla siebie.

 

I w takie właśnie dni wracam myślami do mojego drugiego dziecka - męża.

 

Jesteśmy małżeństwem 4,5 roku. Aż, albo może - tylko. Docieramy się ciągle. Choć nasze życie towarzyskie umarło wraz z przeprowadzką do Giżycka (choć raczej moje) - to można powiedzieć, że jesteśmy dla siebie.

I nie jest to w sumie takie złe.

IMG_3768

Przydomek - "Wiecznie narzekająca żona". Nigdy nie usłyszałam takiego czegoś, ale sama to wiem. Ale jak kobieta ma nie wychodzić z siebie, kiedy dorosłemu chłopu trzeba pokazywać wszystko palcem.

Kiedy on popisuje się przy rodzinie, a ja wychodzę na złą, bo się przez to denerwuję. Kiedy wymagam, każę, krzyczę. Ba! nawet wyzywam!

"Proszę, proszę, proszę". Ile można prosić? Prosi to się... no.

Pisałam Wam wielokrotnie jak mój mąż jest uzależniony od gier. To uzależnienie ma fazy. Raz częstotliwość jest większa, czasem mniejsza. Ostatnim czasem była poniżej mniejszej, także chodziłam spokojniejsza. Jak to dobrze. Kiedy jesteśmy razem we trójkę, Iga wyżywa się na Darku, więc ja mam odpoczynek.

Teraz wyżywa się tylko na mnie. A ja nie mam już siły.

To dopiero szósty dzień.

 

Od narodzin Igi był przy nas. To on ją kąpał. Przebierał. Na osraną pieluchę nie reagował odruchem wymiotnym. Zakochał się w niej od pierwszego jej krzyku.

Po jakimś czasie oczywiście przyszło znudzenie. Ale pomagał.

Do tej pory pomaga. Choć nie raz, nie dwa musiałam się nagadać, wyglądając przy tym trochę jak wściekły pies... no cóż.

To jest facet. Ile ja mogę na niego wpłynąć, to mogę, za resztę odpowiada on sam i jego matka. Przecież ona wpajała mu pewne wartości ;)

 

Nie chcę go porównywać : "A bo Baśki Staśki mąż robi to, to, to, to...!" A mój nie robi tego, tego, tego i tamtego.

I w sumie dobrze. Samo się nie zrobi, ale przemyśli i zrobi hehe :D

 

Ogólnie do czego prowadzę? Do tego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ale kiedy jesteśmy już najedzone po pachy, to nie zostało nic, jak tylko zwymiotować.

Uczmy facetów życia w rodzinie (jeżeli tego nie potrafią), ale bez przesady. Doceńmy to co robią. Przecież wiemy, że nie zastąpią nas;)

Jak mój facet wyjeżdża, wtedy wiem ile mi pomaga. Przypominam sobie jak to fajnie było odetchnąć. Wyjść samej nawet na zakupy.

Dlatego już czekam na jego powrót.  Ale ile to jeszcze czasu....

3 komentarze:

  1. Ja to akurat wiecznie jestem sama, ale jak mój zjeżdża to odpoczywam bo i dzieci lgną do niego i niektóre prace wykona...ale z tym gadaniem to chyba do wszystkich facetów trzeba...

    OdpowiedzUsuń
  2. łączę się w tęsknocie. Mój też w delegacji :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie, że pomagają nam ci nasi faceci, ale to wieczne proszenie ;) Wszystko paluchem pokazać trzeba, bo sam na nic nie wpadnie... no i czasami faktycznie można wpaść w furię...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, że jesteś! :)